|
To była naprawdę wspaniała przygoda, choć niekiedy miałem chwile zwątpienia,ale może wszystko od początku..

Siedziałem sobie właśnie przed komputerem przeglądając jedną z miliona stron poświęconych żeglarstwu tradycyjnemu. Nagle zadzwonił telefon.
W słuchawce usłyszałem głos człowieka, który wyraźnie był zainteresowany moją działalnością szkutniczą. Po krótkiej rozmowie mój rozmówca oświadczył ,że jest zdecydowany zamówić tradycyjną łódeczkę, pływadełko w sam raz do pływania po powstającym wtedy stawie. Po przejrzeniu planów łódek wiosłowych, które miałem na mojej stronie zaproponowałem Blekingseke o 13 stópach długości. Łódź o której mowa wydawała mi się optymalnym modelem odpowiadającym oczekiwaniom mojego rozmówcy. Oprócz właściwych gabarytów miała przepiękną linie.
Pracę rozpocząłem od próby zgromadzenia materiałów potrzebnych mi do budowy. Deski sosnowe już miałem ,ale jakie to były deski. Pięć metrów niesamowicie pachnącej żółto pomarańczowej lepkiej od żywicy nieożywionej materii niemal bez najmniejszego sęka. Materiał na dziobnicę i kil znalazłem na zapomnianym poddaszy teścia, gdzie odnalazłem spore ilości przepięknej sezonującej się od 7 lat sosny ,był to deski ze starodrzewu którego dziś już nie ma.
Następnym krokiem było zamówienie planów ze Szwecji z tym nie było większych problemów, po prostu wysłałem kasę i po kilku dniach zapukał do mych drzwi listonosz z tajemniczo wyglądającą kartonową tubą. Ach co to był za moment. Stan ekscytacji osiągnął zenitu. Jak wściekły pies zabrałem się do rozszarpywania rulonu by dobrać się do zawartości właściwej. Po kilkunastu sekundach szamotaniny ujrzałem biały rąbek. Chwyciłem go ostrożnie i zacząłem powolutku wyciągać. moim oczom ukazało się kilka rysunków odbitych na kserokopiarce.
Niebawem zacząłem więc poszukiwać miedzianych gwoździ wraz z podkładkami zaciskowymi. W tym momencie zaczęły się prawdziwe problemy. Rozpocząłem poszukiwania w internecie firm które mogły by mieć w swojej ofercie owe gwoździki. Niby zwykł gwóźdź tyle że o przekroju kwadratowym. No i cóż się okazało. W całej Polsce nie ma producentów takich miedziaków. Postanowiłem więc napisać kilka e-maili do szkutni w Polsce i za granicą. Po kilku bitych dniach dostałem odpowiedz ze szkutni, która czasami restauruje tradycyjne łodzie klientom z Holandii.
Po wymianie kilku listów drogą elektroniczną i dokładnym opisaniu o co mi chodzi doszliśmy do ustaleń, że gwoździe będą za jakiś tydzień, gdyż firma ta będzie sprowadzała je również dla własnych potrzeb i tym samym transportem zamówią i dla mnie. Myślę, że gdyby nie czas który mnie naglił zrobiłbym te nity we własnym zakresie.
Nie czekając na miedziaki zabrałem się do roboty. Pierwszym krokiem było zbudowanie ławy, czy też jak kto woli helingu. Nie jest to zbyt skomplikowane zadanie, ale należy zrobić ją możliwie dokładnie, aby ułatwić sobie pracę w następnych etapach.
Po Dwóch dniach ława była gotowa, drewniana rama na nóżkach z belkami mocującymi ją do ścian pracowni, wypełniła niemal całą przestrzeń, pozostało tylko trochę miejsca na piłę i grubościówkę.
Trzeciego dnia zabrałem się do sporządzania wzorników, które to wraz z kilem dziobnicą i pawężą miały tworzyć szkielet. Wybrałem się więc do pierwszego lepszego sklepu z płytami OSB i już po chwili miałem materiał na przekroje. Z planów, które przed kilu dniami otrzymałem zrobiłem ksero w skali 1:1. Za pomocą kalki przeniosłem linie z planów na płytę OSB i zabrałem się do wycinania. Po kilku godzinach szaleństwa z wyrzynarką leżała przede mną sympatycznie wyglądająca kupka wzorników. Następnym krokiem było sporządzenie kila i dziobnicy. To był właściwie pierwszy etap budowy łodzi.
Wygrzebałem pięciometrową dechę o grubości 5,5cm, odciąłem jakieś 10 cm po długości i materiał na kil były gotowy. Z powiększonych planów przeniosłem na postrugane dechy kształt dziobnicy i zabrałem się do wycinania. Ach cóż to był za materiał. Silna profesjonalna wyrzynarka, uzbrojona w nowy nożyk Bosha z mozołem wgryzała się centymetr po centymetrze, a w powietrzu unosiła się przepiękna woń olejków eterycznych pochodząca z tej 300 letniej sosny. Gdy doszedłem do końca wycinania, zabrałem się do klejenia elementów dziobnicy. Składała się ona z dwóch części. Na łączeniu przypominającym literę "Z" nałożyłem świeżo rozrobioną żywicę epoksydową. W miejscu klejenia gdzie włókna drewna są przecięte należy nakładać sporą ilość żywicy tak aby po posmarowaniu kilku warstw powierzchnia klejenia była mokra, następnie nałożyłem w miejscu styku żywicę z wypełniaczem w tym przypadku z pyłem drzewnym. Żywica miała konsystencję śmietany i kolor zbliżony do drewna. Następnie ścisnąłem łączenie moimi zasłużonymi ściskami i czekałem aż żywica zastygnie. W między czasie przygotowałem kil i pawęż.
Następnego dnia czekał na mnie ekscytujący etap. Mianowicie wszystkie elementy konstrukcyjne były gotowe do zamocowania ich na ławie. Wyznaczyłem środek ławy wbijając dwa gwoździe, jeden na początki a drugi na końcu ławy. Przywiązałem do nich żyłkę, naciągnąłem i w ten sposób miałem wyznaczony środek - oś konstrukcji. Następnie ustawiłem na ławie gotową już dziobnicę i kil. Skleiłem te dwa elementy i zabrałem się do mocowania pawęży.
Zaraz potem chwyciłem za pierwszy wzornik i umocowałem go na kilu. Po ustawieniu wzorników długo siedziałem i patrzyłem na ów niemalże "wielorybi szkielet". Teoretycznie miałem przed oczyma łódź w skali 1:1.

Rozpoczął się jeden z ciekawszych etapów budowy, a mianowicie sporządzanie desek poszycia i ich montaż. Już od pierwszej deski wiedziałem że będzie to prawdziwa przeprawa przez piekło. Chodzi mi tu o to, że w rufowej części łódki były potworne gięcia desek .Jak się później okazało niektóre deski musiałem giąć w osi około 35-45 stopni a były to deski grubości 15mm. I szerokości jakieś 20-25 cm.

Pierwszym krokiem było przygotowanie sklejkowych wzorników desek poszycia i dokładne ich dopasowanie do umocowanych już na kilu przekroi. Używałem do tego celu sklejki 4 mm, która była bardzo elastyczna i łatwo się gięła. Wzornik pierwszej deski był gotowy pasował jak ulał. Przestrugałem deskę do grubości 15 mm ułożyłem na niej sklejkowy wzornik, odrysowałem kształt deski i zabrałem się do jej wycinania. Do gięcia desek skonstruowałem prowizoryczny przyrząd składający się z wielkiego starego gara i metalowego kosza na śmieci z przerdzewiałym dnem. Na dwóch cegłach ustawiłem gar i do środka wstawiłem owy metalowy kosz na śmieci. Pasował jak ulał. Do środka mojego przyrządu do "naparzania" wrzuciłem cegłę tak aby po wlaniu wody i rozpaleniu ognia pod spodem deska nie miała bezpośredniego kontaktu z wodą, lecz poddawana była działaniu pary wodnej. Naparzoną deskę wyciągałem z mojego parnika i biegłem z nią czym prędzej do pracowni gdzie naginałem ją jak najszybciej. Wygiętą dechę pozostawiałem na kilka godzin tak aby wystygła i dokształciła się do zamierzonego kształtu. Tak przygotowaną deskę obginałem na wzornikach za pomocą ścisków a następnie zaznaczałem kąt pomiędzy sąsiadującymi deskami w miejscu zakładu tak aby po dostruganiu tego kąta deski idealnie przylegały do siebie w miejscu styku. Gdy deski były spasowane względem siebie nadszedł czas na ich montaż. W miejscu zakładu nakładałem ostrożnie uszczelniacz i taka deskę ponownie przykręcałem do wzorników. W miejscu zakładu nawiercałem otwór pilotujący i te miejsce wbijałem miedzianego gwoździka . Gwóźdź przechodził przez dwie deski i wychodził w środku łodzi. Nabijałem podkładkę, obcinałem gwóźdź jakiś milimetr za podkładką i zabierałem się do nitowania. Dwia pierwsze rządki desek poszycia poszły bez większych problemów, ale od trzeciego rozpoczął się prawdziwy horror. Jak już wspominałem tylna część łodzi wymagała potwornych gięć .Często się zdarzało że po kilku godzinach pracy nad przygotowaniem deski w trakcie jej doginania, po naparzeniu decha trzaskała. Były momenty, że delikatnie prosiłem moja deseczkę o to aby była łaskawa się dogiąć, a po chwili gdy stawiała silny opór wyzywałem ja od najgorszych. Po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że sukces przy gięciu desek nie zależy od emocjonalnego stosunku do materiału, lecz od techniki. Z każdym następnym dniem wszystko szło coraz sprawniej. Po kilku tygodniach męczarni z poszyciem pojawił się przed moimi oczyma zarys prześlicznej szwedzkiej łódeczki. Pozostało wyjąć wzorniki ze środka łódki i wmontować żebra, które usztywnią całą konstrukcję Postanowiłem, że żebra wykonam z jesionu .Jest to bardzo dekoracyjny materiał.

Łódź już pływa ...
Wojtek Sz.
|